czwartek, 19 listopada 2015

Rozdział 4. "Czy wierzysz w Boga?"

Rozdział 4.

Gwałtownie zerwałam się. Rozejrzałam się i zauważyłam, że znajduję się w jasnym pokoju. To tylko sen. To był tylko sen. Odetchnęłam z ulgą. Pot spływał mi po czole. Chciałam  go wytrzeć, jednak dłoń miałam unieruchomioną i zabandażowaną. Ale przynajmniej ból minął. Opadłam z powrotem na miękkie poduszki. Próbowałam przypomnieć sobie cały koszmar. W sumie, tego makabrycznego widoku nie sposób zapomnieć. Wciąż widziałam, jak żywe, swoje skrzydła. I krwisty napis. Niesamowicie mnie intrygował a równocześnie niesamowicie przerażał. Nie wiedziałam, co oznaczał. Jego wspomnienie przyprawiało mnie o dreszcze. Zamyślona, zapatrzona w sufit, nie usłyszałam cichego skrzypienia otwieranych drzwi. Lekko podskoczyłam wystraszona, gdy znienacka ujrzałam dwoje dużych, niebieskich ślepi przyglądających mi się. Czy to… dziecko? Nieświadomie przechyliłam głowę w prawo i zmrużyłam oczy zdziwiona. Było tak niskie, że widziałam jedynie jego głowę. Chłopiec spoglądał sponad ramy łóżka.  W końcu wyszczerzył się radośnie.
- Cześć! – zawołał radośnie. – Jestem Mike. A ty kim jesteś? Wiem, że tatuś cię tu przyprowadził. Ale dlaczego? – zaczął niecierpliwie podskakiwać w miejscu oczekując odpowiedzi.
- Witaj. Mam na imię Cassandra. – oznajmiłam nieco zbyt oficjalnie. Nie wiedziałam, jak powinnam się zachować. Mały zdawał się sympatyczny, ale jednak był obcy. Uśmiechnęłam się blado, mając nadzieję, że nie wygląda to krzywo i sztucznie. Chyba jednak się nie udało. Chłopczyk zrobił minę, jakby wyrosły mi skrzyd… nietrafne porównanie. W każdym razie, na pewno nie zachęciłam go do siebie. Z opresji wyrwał mnie Robb, który właśnie wpadł do pomieszczenia ze ściągniętymi brwiami.
- Mikealu! Prosiłem cię, żebyś nie wtykał swojego nosa jeszcze tu – oznajmił gniewnie. Chłopiec nagle niezmiernie zainteresował się swoimi stopami, uparcie się w nie wpatrując. Mężczyzna podszedł do niego i rozmierzwił mu włosy pobłażliwie. Mały rozpromienił się, widząc, że tata nie jest zły. – Podejrzewam, że zdążyłaś poznać mojego jedynego syna? Wybacz, prosiłem go, żeby tu nie wchodził. Potrzebujesz odpoczynku. Ale wiesz, jak to jest z dziećmi!
Właściwie nie wiem. Dotąd nie miałam styczności z żadnym dzieckiem, z żadnym dorosłym, z żadnym człowiekiem. Absurd tej sytuacji nagle we mnie uderzył. Przetarłam oczy zdrową dłonią. Znajdowałam się na Ziemi, w obcym domu. Nie miałam gdzie się podziać, co zrobić. Nie mogę zostać tu na zawsze. Czy w ogóle wrócę kiedyś do domu? Znów poczułam się frustrująco bezsilna. Musiałam mieć dziwną minę, gdyż Robb wyraźnie się zmartwił.
 - Wszystko w porządku? Znowu nawracają bóle? – spytał, po czym uklęknął przy łóżku.
- Nie, ja… po prostu nic nie pamiętam odkąd mnie pan…
- Robb – automatycznie mnie poprawił.
- Odkąd mnie znalazłeś, Robb. Jestem strasznie zagubiona i… - głos załamywał mi się. Zamrugałam szybko. Nie chciałam płakać. Mężczyzna szepnął coś na ucho syna, a ten z zawiedzioną miną wyszedł z pokoju i zamknął za sobą drzwi.
- Spokojnie. Opowiedz mi wszystko – powiedział szatyn, usiadłszy na brzegu materaca. Wzięłam parę głębszych oddechów, a on cierpliwie czekał. Zastanawiałam się, jak sensownie przedstawić mu moją historię bez wnikania w drażliwe szczegóły.
- Właściwie nie ma dużo do opowiadania. Obudził mnie przeraźliwy ból w każdej komórce mojego ciała. Nie miałam pojęcia, co się ze mną dzieje. Nie wiedziałam, gdzie jestem i co tam robię. Po prostu tam się znalazłam. Pewnie gdyby nie ty, zostałabym tam do końca.
- Przestań, nie mów tak – uciął mi skrzywiony. – Każdy na moim miejscu zachowałby się tak samo.
Nieprawda. Kłamstwo. Dobrze wiem, jacy są ludzie. Może właśnie ty jesteś wyjątkiem, ale reszta? Gwałt, morderstwa, wojny. To się nie dzieje samo.
- Ale to ty mnie przygarnąłeś – uśmiechnęłam się ciepło, ukrywając targające mną emocje. – Jestem dozgonnie wdzięczna za pomoc. I przepraszam za kłopot – otworzył usta, żeby zaprzeczyć, ale byłam szybsza. – Teraz muszę już iść – podniosłam się na łokciach i usiadłam. Robb patrzył na mnie zszokowany. Wysunęłam się z pościeli i po raz pierwszy dotknęłam stopą podłoża. Mężczyzna szybko wstał i podszedł do mnie.
- Jesteś jeszcze za słaba na spacery. Musisz leżeć – powiedział uniesionym głosem.
- Dam radę – zapewniłam nieco zirytowana. Przecież jestem silna.
Robb cofnął się o krok, wciąż jednak uważnie mnie obserwując. Stanęłam pewnie i uśmiechnęłam się dumnie. Żaden problem. Pod czujnym okiem mężczyzny zbliżyłam się do drzwi.
- Zaczekaj! – usłyszałam za mną. Powoli odwróciłam się w stronę ciemnowłosego. Uniosłam brwi w geście zapytania. – Gdzie teraz pójdziesz?
Otworzyłam usta, żeby odpowiedzieć, ale zdałam sobie sprawę, że nie wiem. Nie mam tu żadnego miejsca, by się zatrzymać czy przenocować. Nie mam domu. Jego pomoc to jedyna szansa na spokojne dni. Ale nie mogę przecież tak po prostu zostać u obcych ludzi. Muszę… muszę dowiedzieć się wreszcie, o co w tym wszystkim chodzi! Tylko co mu powiedzieć?
Wtedy coś we mnie pękło. Całe napięcie wezbrane od upadku dało o sobie znać. Wybuchłam cichym szlochem i osunęłam się na podłogę. Dlaczego to wszystko przytrafiło się mnie? Przecież nic złego nie zrobiłam. Grzecznie wykonywałam rozkazy, przestrzegałam prawa. Czy ta „wycieczka” na Ziemię to kara? Może eksperyment? Nie miałam pojęcia. Wciąż nic nie pamiętałam. Łzy spływały po moich policzkach strumieniami. Robb zdawał się wystraszony. Widocznie moje załamanie go zaskoczyło. Uklęknął przy mnie i niezgrabnie objął. Zszokowana momentalnie spięłam się, zaskoczona reakcją mężczyzny. On to wyczuł i błędnie interpretując, szybko się ode mnie odsunął zarumieniony. Jednak to pomogło. Mój płacz ucichł, a ja tylko wpatrywałam się w niego szeroko otwartymi oczami. Wciąż nie mogłam zrozumieć, dlaczego jest wobec mnie taki wrażliwy. Wyszeptałam podziękowanie i spuściłam wzrok na kolana. Robb w tym czasie wstał. Wyciągnął rękę w moją stronę, aby pomóc mi wstać. Przyjęłam ją i pociągnął mnie w górę.
- Chcesz coś zjeść, czegoś się napić? Musisz być głodna! Chodź ze mną – nie puszczając mojej ręki, ruszył w stronę drzwi, targając mnie za sobą, jak małe dziecko.
Od razu przed wyjściem z pokoju znajdowały się drewniane schody. Mężczyzna obejrzał się przez ramię i zmarszczył brwi.
- Dasz radę zejść, Cassandro? Wciąż na pewno jesteś słaba…
- Czuję się dobrze, spokojnie – uśmiechnęłam się pokrzepiająco, rumieniąc się lekko. Jeszcze się nie przyzwyczaiłam do takiej troski.
Poszliśmy dalej, zmierzając, jak się domyśliłam, w stronę kuchni. Po drodze oglądałam się na wszystkie strony, będąc pod wrażeniem mieszkania Robba. Zdawał się wręcz tryskać pozytywną energią. Chyba każdy zakątek był oświetlony przez duże lampy. Podobnie jak sypialnię, cały dom utrzymano w jasnych kolorach, jakby chcąc zupełnie uniknąć  ciemności. Wszystkie korytarze zdobiły zdjęcia w ozdobnych ramkach. Nie zdążyłam jednak się im przyjrzeć, gdyż Robb otworzył przede mną jakieś drzwi i gestem ręki zaprosił do środka. Powoli weszłam do pomieszczenia. Mężczyzna popchnął mnie delikatnie w stronę prostokątnego, brązowego stołu.
- Usiądź, przyrządzę nam coś. Po pierwsze – kawa, herbata, sok? – spytał, gdy tylko zajęłam miejsce. Zmarszczyłam brwi. Co ja właściwie mogę tu pić…? Niezbyt znałam zwyczaje i menu ludzi.
- To co ty, poproszę – odpowiedziałam po chwili namysłu. Tak, to bardzo wygodne rozwiązanie.
Robb wyjął dwa kubki i postawił je koło dziwnego urządzenia. Kliknął jakiś guziczek, a wtedy maszyna zaczęła głośno buczeć. Nachyliłam się, żeby lepiej widzieć, co tam się dzieje. Po chwili brązowy płyn zaczął się wydobywać wprost do jednego z kubków. Przez moment Robb krzątał się po kuchni, a ja cierpliwie czekałam, przyglądając się mu. W końcu postawił przede mną parujący napój.
- Miałem straszną ochotę na kawę! – to powiedziawszy, umieścił na stole cukierniczkę z łyżeczką. Zbliżyłam kubek do twarzy i zaciągnęłam się mocnym aromatem. Upiłam mały łyk i przymknęłam powieki z rozkoszy. Jaki cudowny smak! – Widzę, że dobre – uśmiechnął się w moją stronę.
- Oczywiście, że tak! W życiu nie piłam czegoś tak pysznego – Robb uniósł kącik ust. Pewnie uznał to za pusty komplement, jednak była to całkowita prawda.
- Więc… Jak się czujesz? – mężczyzna spytał po chwili ciszy.
- Naprawdę w porządku. Pełnią sił bym tego nie nazwała, ale na szczęście nic mnie nie boli – zapewniałam.
Zadał parę pytań odnośnie mojego samopoczucia. Odpowiadałam szczerze, cały czas się uśmiechając. Wciąż byłam pod wrażeniem troski.
- Nie chcesz zadzwonić do rodziny? Na pewno odchodzą od zmysłów – Robb w końcu spytał o coś, czego się od początku bałam. Co powinnam powiedzieć? Nie mogę zostać, ale nie mam jak odejść.
- Ja… - odchrząknęłam, próbując zebrać siły. – Ja nie mam rodziny. Zostałam wyrzucona z zastępczej parę miesięcy temu. Przez ten czas jakoś żyłam w schroniskach – opowiedziałam historię, którą kiedyś sama usłyszałam. Brązowowłosy z każdym moim słowem bardziej otwierał usta.
- Bardzo mi przykro – oznajmił cicho, gdy skończyłam. Widząc jego zmartwienie poczułam wyrzuty, że go okłamałam. – Może… zostaniesz tu? Skoro i tak nie masz, gdzie pójść – spytał nieśmiało.
- Będę się bardzo źle czuła, wpraszając się. Dostałam od ciebie więcej, niż mogłabym oczekiwać i jestem niezmiernie wdzięczna.
- Ale co zrobisz? Uwierz, będę się gorzej czuł, wiedząc, że szwendasz się gdzieś, a ktoś może zrobić ci krzywdę. Poza tym… Byłoby mi bardzo miło, jeśli zostałabyś. Przynajmniej dopóki ci nie pomogę.
Uśmiechnęłam się blado. W duchu cieszyłam się, że to słyszę. Naprawdę bałam się ziemi, ludzi. Nie miałam, gdzie się podziać.
Rozmawialiśmy jeszcze przez dłuższy czas, popijając kawę. Próbowaliśmy się lepiej poznać. Nagle przyszło mi coś na myśl.
- Hej, Robb, mogę zadać ci pytanie…?
- Śmiało – oparł ręce o blat stołu i uniósł jedną brew wyczekująco.
- Czy wierzysz w Boga?

***
Wracam po maaaałej przerwie, ale za to wreszcie z dłuższym rozdziałem! Dostałam kopa motywacji, więc kolejny rozdział już się pisze!
Mam nadzieję, że się spodoba i gorąco zapraszam do komentowania! 
Dzięki za przeczytanie ^^ 

sobota, 31 października 2015

Rozdział 3. "Moje własne ciało pozbawione życia"



Rozdział 3. 

Nic nie czułam. Nic prócz strachu. Stałam sama w deszczu na środku ulicy. Wszystko zdawało się szare. Nie widać było żywego ducha. Panowała przerażająca wręcz cisza. Wokół znajdowały się jedynie rozległe pola. Zarośnięte, pełne dziwnych roślin, których nigdy wcześniej nie znałam. Duże, intensywnie fioletowe kwiaty zwisały na szarej, jakby zeschniętej, łodydze. Liście przybrały postać, niewątpliwie ostrych, kolców hardo wymierzonych w każdą stronę. Zaintrygowana podeszłam do jednej z nich, która stała tuż przy drodze. Uklękłam, by przyjrzeć się z bliska. Mimo wszystko zdawała mi się piękna. Przymknęłam oczy i przybliżyłam twarz by poczuć jej woń. Jednak natychmiast pożałowałam. Zakrztusiłam się i oparłam ręce o ziemię. Miałam wrażenie, że w moje płuca wżarł się ten zapach. Odrażający zapach rozkładanego ciała. W moich oczach pojawiły się łzy obrzydzenia. Gdy próbowałam uspokoić oddech, kątem oka dostrzegłam ruch. Wystraszona spojrzałam w tamtą stronę i automatycznie cofnęłam się na klęczkach. Nic nie ujrzałam, ale usłyszałam. Czy to… warkot silnika? To znaczyłoby, że w pobliżu są ludzie, a ja znajduję się w pobliżu jezdni. Nad moją głową przeleciał klucz kruków. Zdawały się być spłoszone. To jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że ktoś jeszcze się tu znajduje. Wrażenie, że grozi mi niebezpieczeństwo kazało natychmiast podnieść się i uciekać. Skierowałam się w stronę pobliskiego lasu, którego wcześniej nie zauważyłam. Chciałam poszukać schronienia. Biegłam przed siebie. Miałam nadzieję, że znajdę choć jakiś budynek, który schroni mnie przed ulewą i ludźmi. Jakby na zawołanie zobaczyłam duży, raczej stary, otwarty dom. Kiedyś zapewne wyróżniał się piękną, soczystą zielenią. Teraz jednak kolorem przypominał zgniłą sałatę. W dodatku robaczywą. Częściowo zniszczony dach zdawał się zaraz runąć, ukrywając na zawsze paskudne miejsce. Może i byłoby tak lepiej. Jednak budynek stał niezłomnie. Wokół niego zauważyłam ogród pełen identycznych roślin jak te przy ulicy. Zrobiło mi się niedobrze na wspomnienie ohydnego zapachu. W obawie przed zagrożeniem, nie namyślając się długo, weszłam do mieszkania. Od razu jednak chciałam to cofnąć. Drzwi zatrzasnęły się, a ja zostałam zamknięta w środku. Już w korytarzu dom budził we mnie niepokój. Brudne, błękitne tapety wyglądały, jakby ktoś specjalnie je zdrapywał. Sufit, podobnie do dachu, sprawiał wrażenie niestabilnego. W okna wstawione były solidne kraty. A na podłodze… Na podłodze rozlano dziwną, ciemną ciecz. Bałam się wejść w głąb, jej śladem, ale coś mnie tam ciągnęło. Nie byłam w stanie się oprzeć. Powolnymi krokami zbliżałam się do pokoju na wprost mnie, skąd wydobywał się płyn. Nacisnęłam klamkę, a drzwi z głośnym skrzypem otworzyły się.
Zamarłam, gdy to zobaczyłam. Poczułam, jak zawartość mojego żołądka zbliża się do gardła. Pociemniało mi przed oczami, a kolana same ugięły się, jakbym kompletnie straciła w nich czucie. Upadłam z bólem na podłogę. Moje własne ciało pozbawione życia. To ono było źródłem cieczy. Krwi, jak się domyśliłam. Przerażona wreszcie dałam upust emocjom i krzyknęłam długo i przeraźliwie. Nawet nie zauważyłam, jak z moich oczu pociekły łzy. Zwłoki leżały skulone, twarzą do mnie. Zemdliło mnie od makabrycznego widoku. Skóra została rozszarpana na brzuchu. Z prawej ręki wystawała kość. Włosy na głowie były miejscami całkowicie wyrwane. Chciałam stamtąd uciec jak najszybciej. Nie mogłam na to patrzeć nawet sekundy dłużej. Jednak coś przykuło moją uwagę. Zbyt dziwne, by to po prostu odpuścić i wybiec. Wśród wszechobecnej czerwieni zauważyłam idealną biel. Powoli i z trudem podniosłam się z ziemi. Obeszłam ciało i stanęłam po przeciwnej stronie. Moje skrzydła. One jedyne pozostały nietknięte. Uklękłam i wyciągnęłam dłoń, by ich dotknąć. Były takie delikatne. Takie… niewinne. Spod przymkniętych powiek wypłynęły moje łzy. Gdy ponownie spojrzałam na ciało, rzuciła mi się w oczy plama spora kałuża krwi tuż obok niego. Coś się w niej odbijało. Uniosłam wzrok i przeczytałam:
angel custodiam deputentur

***
Witam! 
Dziś bardzo mrocznie - akurat na okazję. Nie planowałam tego, ale tak się złożyło. Wybaczcie, jeśli za ostro i drastycznie, ale taka moja wizja. Może troszeczkę przesadzam :x
 Mam nadzieję, że się spodobało i serdecznie zapraszam do komentowania <3

poniedziałek, 26 października 2015

Rozdział 2. "Krzyknęłam przeciągle, gdy cierpienie narosło"

Rozdział 2.

Obudziły mnie pierwsze promienie wschodzącego słońca. Otworzyłam leniwie jedno oko, by po chwili je zamknąć. Zdecydowanie za jasno. Przewróciłam się na bok. Już miałam ponownie zapaść w sen, gdy usłyszałam ciche kroki zbliżające się do mnie. Czarne myśli od razu napłynęły niepohamowaną falą. Wystraszona odepchnęłam się od materaca, próbując spaść z łóżka i schować się pod nie. Jednak rwący ból w brzuchu skutecznie wybił mi ten pomysł z głowy. Zanim zdążyłam wymyślić lepszy plan, drzwi do pokoju otworzyły się.

- Widzę, że się obudziłaś – ujrzałam mężczyznę, który spotkał mnie wcześniej. – Dobrze. Byłaś nieprzytomna aż dwa dni. Może jesteś głodna? Albo ci zimno? – zalał mnie potokiem pytań.

- Wszystko w porządku – przerwałam mu. Cały czas przypatrywał mi się uważnie. Uznałam, że to dziwne. Zastanawiałam się kim jest i dlaczego mnie przygarnął. Co jeśli miał złe zamiary?! Słyszałam o wycinaniu narządów i sprzedawaniu ich! Czy na pewno nic mi nie zrobił?

- Ja… zobaczyłem cię leżącą tam samą. Od razu pomyślałem, że ktoś cię skrzywdził – zaczął niepewnie, przerywając niezręczną ciszę. Odchrząknął i kontynuował. – Jesteś poważnie ranna, musiałem cię opatrzyć. Możesz mi powiedzieć, co się stało?

Jestem w obcym domu z obcym mężczyzną, który hipotetycznie czyha na moją nerkę, to się stało!

- Niestety niczego nie pamiętam – zwinnie wywinęłam się od odpowiedzi. Stwierdziłam, że muszę się w końcu czegoś dowiedzieć. Podciągnęłam się z trudem na łokciach i usiadłam. Wciąż nie odzyskałam sił i wszystko mnie bolało – Dlaczego zabrał mnie pan do domu?

- Ja tylko chciałem ci pomóc. Widziałem, że kulisz się na ziemi naga, cała we krwi. Miałaś naprawdę głębokie obrażenia. No i zemdlałaś. Nie mogłem cię przecież tam zostawić. Poza tym… nieważne – potrząsnął głową, jakby próbował się opamiętać. Uniosłam brew w geście zapytania. Ciężko było mi uwierzyć, że zrobił to tylko z powodu troski. Zbyt dużo słyszałam o ludziach, żeby się na to dać – Właśnie sobie przypomniałem, że nie znam twojego imienia!

- Jestem Cassandra – szybko oznajmiłam. – Proszę mi powiedzieć! – ciekawość wzięła górę nad manierami. Mężczyzna uśmiechnął się smutno i westchnął. Usiadł na krześle obok łóżka.

- Miałem żonę. Kochałem ją ponad wszystko. Trzy lata temu zginęła – podniosłam dłoń do ust. Jak mogłam być tak nietaktowna?! Widząc moją minę, mężczyzna od razu zapewnił. – Wszystko w porządku, minęło już sporo czasu. Pracowała jako pielęgniarka, więc czasem wracała późno. Właśnie tak było tego wieczora. To była nasza rocznica – zdziwiłam się, że jest taki otwarty wobec mnie, ale historia zbyt mnie wciągnęła, by zastanawiać się nad tym głębiej. – Postanowiłem, że sprawię jej przyjemność. Uszykowałem kolację, postawiłem świece. Posypałem nasze łóżko białymi płatkami kwiatów. Wszystko miało być idealnie. Jej zmiana kończyła się o dziewiątej, więc trochę wcześniej poszedłem po nią do szpitala. Wybrałem skróty, bo i tak zostało mi niewiele czasu. Dotarłem na miejsce, ale tam powiedzieli mi, że już wyszła. Wystraszyłem się, że dojdzie do domu przede mną i zauważy niespodziankę. Więc wracałem szybko drogą, którą zawsze szła, chcąc ją dogonić. I zobaczyłem… - wziął głęboki oddech. – Leżała dokładnie tam, gdzie ty. Naga. W kałuży krwi. Ktoś ją zgwałcił i zbił. Podejrzewam, że użył też noża. Gdy do niej podbiegłem, jeszcze słabo oddychała. Była taka niewinna… Zmarła w moich ramionach – schował twarz w dłoniach. – Jesteś do niej taka podobna.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Przyłapałam się na tym, że łza spływa po moim policzku. Szybko ją wytarłam.

- Bardzo mi przykro. I… przepraszam pana za naciskanie – zawstydzona spuściłam wzrok.

- Nie masz za co! Zresztą, sam wzbudziłem w tobie ciekawość – uśmiechnął się szczerze, czym od razu poprawił mi humor. – I proszę, mów mi Robb. Nie jestem taki stary – mrugnął w moją stronę. – Zobaczyłem cię, gdy szedłem na jej grób.

Nagle poczułam się bardzo głupio. Jak mogłam być taka wroga w stosunku do Robba? On dla mnie tyle zrobił! Już miałam przeprosić za wcześniejszą oschłość, gdy cały dom wypełnił donośny huk. Oboje popatrzyliśmy na siebie wystraszeni. Mężczyzna zaraz znikł za drzwiami. Miałam chwilę, by rozejrzeć się po pokoju. Cały utrzymano w stonowanych kolorach, dzięki czemu wydawał się niesamowicie przytulny i uspokajający. Po mojej lewej znajdowało się ogromne okno z kremowymi zasłonami. Ściany były pastelowo różowe. Ja leżałam na jednoosobowym łóżku z miętową pościelą. Obok stał jasnobrązowy stolik nocny z małą lampką i zdjęciem. Przedstawiało roześmianą kobietę z nieokiełznanymi brązowymi lokami wchodzącymi jej do ust. Nosiła zwiewną sukienkę letnią i duży, słomiany kapelusz. Widać, że biegła do fotografa. Była piękna. Domyśliłam się, że to żona Robba. Wtedy przeszył mnie okropny ból. Krzyknęłam przeciągle, gdy cierpienie narosło. Wiłam się na łóżku, błagając, żeby to się skończyło. Natychmiast koło mnie pojawił się mężczyzna ze strzykawką w ręce. Przytrzymał moje ramię i wbił igłę. Wszystko zamazało mi się przed oczami.

***
Witam!
Oto prezentuję część drugą i od razu dziękuję tym, którzy się zainteresowali. 
Rozdział znów dość krótki, ale tak na razie będzie. Za to postaram się wrzucać kolejne regularnie. 
Gorąco zachęcam do komentowania - to najbardziej motywuje! 
 

wtorek, 20 października 2015

Rozdział 1. "Śmiertelnie przerażona modliłam się, by to nie działo się naprawdę"



Rozdział 1.
Nastała ciemność. Światła w oknach po kolei gasły, ale nikt nie kładł się do łóżka. Mieszkańcy miasta oczekiwali niesamowitego zjawiska. Tej nocy Ziemia znalazła się dokładnie przed Słońcem, rzucając cień na Księżyc w pełni. Powodowała jego zaćmienie. Nawet małe dzieci pokonywały zmęczenie, chcąc ujrzeć piękno Wszechświata. Niebo powoli zmieniało kolor na rdzawy. Wszystkim zaciekawionym oczom ukazał się Krwawy Księżyc. Panowała idealna cisza. Przerwał ją krzyk pełen bólu, cierpienia. Mój krzyk. Czułam, jak każda komórka w moim organizmie jest poddawana okrutnym torturom. Spadałam z zawrotną prędkością, ale nawet nie wiedziałam gdzie. Tak bardzo pragnęłam, by to się skończyło. Nagle potężnie mną wstrząsnęło. Całym ciałem uderzyłam o coś bardzo twardego. Po chwili znów mogłam oddychać. Ale gdy tylko nabrałam dużej ilości powietrza w płuca, od razu pożałowałam. Zemdliło mnie od nieznośnego zapachu spalenizny. Powoli otworzyłam oczy tylko, by ujrzeć swoje zwęglone ciało. Śmiertelnie przerażona modliłam się, by to nie działo się naprawdę. Przy najmniejszym ruchu słyszałam odgłos kruszenia. Niemalże rozpłakałam się ze strachu, bólu i bezsilności. Cała się praktycznie rozpadałam. Otworzyłam oczy, by sprawdzić, czy, zgodnie z podejrzeniami, to moje kości tak gruchotały. Szczęśliwie to czarny nalot powoli odpadał. Po jakimś czasie widać było skórę. Zaczęłam panicznie zdrapywać z siebie ohydny osad. W każdym uwolnionym miejscu czułam przyjemny chłód. Nareszcie skończyłam. Zdziwiłam się, jak szybko poszło. Teraz mogłam się skupić na reszcie. Gdzie się znalazłam? Rozejrzałam się wokoło. Wszędzie dużo drzew i krzaków, parę domów, a parędziesiąt metrów ode mnie znajdowała się ulica. Nigdy tu nie byłam. Ale na pewno widziałam kiedyś to miejsce. Poznałam charakterystyczne lilie zdobiące większość balkonów. O mój Boże… To Ziemia.

Przerażona skuliłam się. To niemożliwe. Rozłożyłam skrzydła i próbowałam się wznieść. Nie ruszyłam się nawet o centymetr. Sięgnęłam ręką za plecy. Zniknęły. Nie byłam już dłużej aniołem. Zastanawiałam się, jak to możliwe? Przecież jeszcze przed chwilą zajmowałam się swoimi sprawami, jak… Zaraz. Prawie nic nie pamiętałam. Wiedziałam, że kiedyś służyłam Niebu. Że Ziemia zdawała się jedynie równie pięknym jak brutalnym obrazem. Ale czym się trudniłam? I najważniejsze – dlaczego już tego nie robię? Dlaczego spadłam? Zadrżałam pod wpływem napływu emocji. Zdziwiłam się, jak dużo potrafię czuć w jednej chwili.  Tak bardzo chciałam wrócić do domu. Pełna obaw, zagubiona siedziałam na zimnej ziemi. Bezsilna podniosłam głowę do góry i ujrzałam głęboką czerń pełną jasnych punktów. Jednak najbardziej przyciągała uwagę duża, miedziana kula. Księżyc. Patrzyłam na niego jak zaczarowana. Nie potrafiłam oderwać wzroku. Pierwszy raz go widziałam. Zdawał się przenikać moje ciało i duszę. Wzdrygnęłam się przez dziwne odczucia.

- Coś się stało?!

Podskoczyłam wystraszona. Obróciłam głowę w stronę głosu. Ujrzałam wysokiego mężczyznę w średnim wieku. Miał krótkie, brązowe włosy. Jego policzki zaróżowiały od panującego chłodu. Był ubrany bardzo grubo. W ręku trzymał spory bukiet białych kwiatów.  On także otaksował mnie spojrzeniem. Jego oczy momentalnie rozszerzyły się. W jednej chwili zdjął swoją kurtkę, mimo iż noc zdawała się zdolna zmrozić nawet ogień. Widziałam, że doskwierało mu zimno, ale podbiegł do mnie i zarzucił mi ubranie na ramiona. Cofnął się kilka kroków, ale wciąż obserwował mnie z troską.  Kompletnie zaskoczona nie byłam w stanie wydusić słowa.

- Czy ktoś cię skrzywdził? – spytał wyraźnie zmartwiony. Potrząsnęłam niepewnie głową, cały czas wpatrując się w niego. Chyba zauważył moją niepewność, bo uśmiechnął się blado i zaczął mnie uspokajać

- Nie musisz się już bać, nic ci nie zrobię – mówił cicho i kojąco. Wtedy zemdlałam.

*** 

Witam! 
Huh, to trochę krępujące. To moje pierwsze opublikowane opowiadanie. To tak jakby wystawić swoją duszę do oceny. Czy tylko ja tak mam? Umm... pewnie tak.
Mam nadzieję, że się spodoba! Na razie niezbyt ogarniam blogspota i mogą być problemy czy nieprzejrzystość, ale postaram się na bieżąco poprawiać!
I tak, wiem, że krótkie, ale mam problem chyba każdego pisarza - nie umiem tworzyć opisów. 
Gorąco zachęcam do komentowania i jestem otwarta na krytykę!
Pozdrawiam :3